poniedziałek, 20 listopada 2017

Zestaw rowerowy od rowerystylowe.pl

Jak już jesteśmy przy jesiennym pedałowaniu to jeszcze przez chwilkę zostańmy w tych klimatach. Dostałem od rowerystylowe.pl rękawiczki i stuptuty rowerowe.


Zacznijmy od stuptutów czy jak kto woli ochraniaczy na buty. Produkt idealny na jesienną pogodę. Deszcz, mokro, zimno, auta chlapią na nas błotem i Bóg jeden wie czym jeszcze, a my potem musimy spędzić cały dzień w pracy albo na uczelni w mokrych butach. Takie ochraniacze pozwalają nam zabezpieczyć się przed deszczem i wszelką materią, którą na nas rzucają auta. Świetna sprawa dla każdego przemieszczającego się rowerem po mieście przy niesprzyjającej aurze. Przyszło mi testować holenderskie pokrowce Anuy Blue Action, niby wszystko pięknie, łatwe w założeniu, faktycznie chronią przed wodą, deszczem, śniegiem nasze nogawki i buty. Zakrywają całą łydkę. Niestety nie zabezpieczają nas przed wodą skraplającą się od środka, gdyż nie są wyposażone w membranę. Jednak przy spokojnej jeździe w mieście to nie problem, bo nie wydzielamy aż tyle wilgoci co podczas ostrego napierania. Jednak przy wyższych temperaturach bywa źle. Więc można przyjąć, że idealnie chronią przed wodą w trakcie użytkowania w mieście i na lekkich przejażdżkach po lesie czy parku. W trakcie jazdy nie spadają, dość dobrze trzymają się nogi, nawet możliwa  jest jazda w koszyczkach.
Niestety nie jest aż tak kolorowo z rozmiarem, ogólnie dobranie rozmiaru pod but to żaden problem, wybieramy odpowiedni rozmiar pokrowca, a później za pomocą taśmy z rzepem dopasowujemy na szerokość. Problemem jest łydka, jeśli ktoś ma szczupłą nogę to tego dobrze nie zapnie, gdyż rzep jest dostosowany do naprawdę sporej nogi i musimy nieco kombinować. Zamiast trzymać się na 100% rzepa, zapinamy pokrowiec na powiedzmy 30 no może 40%. I fakt, trzymają się dalej, ale nieco odstają na boki, przez co w razie zahaczenia na pewno spadną lub co gorsza spowodują glebę - za co wielki minus. Od spodu pokrowce trzymają się na gumkach, które wcześniej czy później się przetrą więc mamy kolejny mankament, a niestety nie ma możliwości wymiany :(
Cena +/- 100 zł za produkt, który nie do końca jest dopracowany to sporo, niby godny polecenia, jednakże ja bym raczej szukał czegoś innego, bo cena nie jest adekwatna do jakości.
Czy warto wyposażyć się w takie stuptuty rowerowe? Ogólnie tak, bo patent niezwykle wygodny i praktyczny, niestety te są za drogie i lepiej poszukać czegoś innego. W rowerystylowe mają jeszcze kilka innych pokrowców, więc jest w czym wybierać.


Było negatywnie to teraz pozytywna strona posta - rękawiczki rowerowe CHIBA retro, może na jesienną pogodę są średnie, bo ręka w nich zmarznie, ale jeśli ktoś jest gorący lub po prostu szuka rękawiczek na cieplejszy sezon, to te są genialne. Firma CHIBA to niemiecki producent z ponad 150-letnim doświadczeniem w produkcji rękawiczek rowerowych i fitnessowych.
Przerobiłem niejedne rowerowe rękawiczki i te są naprawdę zarąbiste. Po pierwsze retro design, który od razu mnie urzekł. Bo czy bawełniana siatka od góry i spód ze skóry nie jest genialnym połączeniem? Przewiewność, lekkość i wytrzymałość w czystej klasycznej postaci. W połączeniu z nowoczesną technologią zastosowaną w spodniej części, specjalne żelowe wkładki, dzięki którym nie czujemy ucisku, jest naprawdę miękko i przyjemnie. Na kciuku mamy frotową wstawkę, dzięki której katar podczas jazdy nam nie straszny ;)

Kolejnym fajnym rozwiązaniem są specjalne pętelki między palcami, które ułatwiają  nam zdejmowanie rękawic. Poza tym jest genialna przyczepność i niezwykle dobre wykonanie. Wszelkie szwy starannie wykonane, nie ma odstających nitek, skóra dobrej jakości, rzep mocny, czego chcieć więcej? Dobrej ceny? A to  proszę bardzo, rękawice CHIBA retro mamy już za niecałe 50 zł. Takie wypaśne, klasyczne, klimatyczne rękawice przy tej cenie to najlepszy wybór.


wtorek, 14 listopada 2017

Helikon UTP Lady

Wiosną zachwycałam się świetną spódniczką damskiej serii Helikona i ucieszyłam, że pomyśleli w końcu o kobietach. Teraz przyszła pora na podsumowanie kultowych spodni UTP w wersji lady. Wcześniej zdarzało mi się (baaardzo rzadko) łazić w małych męskich M-89, ale to średnie rozwiązanie przy kobiecej sylwetce. Cisną biodra okropnie. Dlatego częściej, nawet w buszu, można mnie było spotkać w legginsach. Łazęga po górach i lasach w UTP okazała się niewątpliwą przyjemnością.


Linii produktów Urban Helikona chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Pomyślane tak, żeby spełniały swoje zadania, ale jednocześnie starały się wyglądać zwyczajnie. W przypadku kobiety wydaje mi się, że to i tak nie jest lowprofile, bo na co dzień chodzimy troszku inaczej ubrane. Dlatego kobieta w UTP właśnie wyróżni się z tłumu i od razu widać, że coś tu z nią nie halo. Mimo wszystko spodnie są całkiem ładne! Nie przepadam za militarnym stylem na sobie, a ten wygląd jest całkiem do przyjęcia. Kilka kolorów do wyboru, więc każda może znaleźć jakiś jej odpowiadający. Najładniejsza wypada chyba jednak standardowa oliwka.


Spodnie dostajemy niewykończone, czyli pierwsza rzecz wyciągamy maszynę albo drepczemy do krawcowej, żeby dopasować sobie długość. Śmieszne to, ale i niegłupie, producent nie musi robić kilku wersji. Zapewnia kilka rozmiarów do wyboru, radzę sprawdzać w tabelce, przykładowo moje 26 lub 36 zależy od rozmiarówki, to tutaj 29/34. Polecam sugerować się bardziej biodrami, przymierzałam dwie pary, najmniejszy rozmiar był na mnie ciut za duży w talii i dość mocno opięty w biodrach (nieużyteczne tylne i przednie kieszenie), rozmiar w którym chodzę jest ok w biodrach i trochę za duży w talii, ale dzięki temu mogę docieplić się, zakładając termo lub polar pod spodnie.

Wykorzystany materiał to bawełna rip-stop, poliester, z domieszką spandexu, czyli wytrzymałość i wygoda. Poza miastem spodnie nie miały lekko, przedzierały się przez krzaczory, taplały w błocie, były wystawione na słońce, deszcz i śnieg. Mimo cienkiego materiału są mocne, nic złego im się nie stało, nic się nie popruło, nic nie rozerwało, są bardzo dobrze wykonane. Nie są wodoodporne, ale przy lekkim deszczu dają radę, jeśli jest krótkotrwały perli się na materiale, dłuższy przemaka, z ulewą spodnie przegrają. Łatwo się z nich wszystko ściera i spiera. Były srogo ubłocone, ale już nawet po przejechaniu szmatką wyglądały nieźle. Spandex powoduje, że użytkuje się je komfortowo, lekko się rozciągają, dzięki czemu dają swobodę ruchów w każdych warunkach leśnych i górskich. Na dłuższe wędrówki idealne, nie przewiewają jakoś bardzo, ale też ani razu się w nich nie upociłam. Tak samo jak opisywana kiedyś spódniczka, mają wysoki stan, nie ma szans, żeby się zsuwały nawet przy najdziwniejszych wygibasach (dla zdolnych lub miłośników są szlufki na szeroki pas), a i chronią nasze nery przed zimnem.


Zapinane na zamek YKK, z velcro zamiast guzika. Rozwiązanie do którego przekonałam się chodząc w spódniczce i utwierdzam przy spodniach. W terenie velcro sprawdza się świetnie. Mocne, nie urwie się i lipka, wygodne w czasie zimna, szybkie, dające maleńką możliwość regulacji, jeśli pod spodnie wjeżdża dodatkowy ciuch. Dodatkowo mają z tyłu wszytą elastyczną taśmę i wyprofilowane kolana, więc się fajnie dopasowują. Kolana są wzmacniane dwiema warstwami materiału, faktycznie wygląda na to, że chyba będą nie do zdarcia. Między warstwami jest kieszeń na miękkie ochraniacze, zastanawiam się tylko czy wkładane od dołu nie wypadną. Nie wiem, jeszcze nie używałam tego rozwiązania. Natomiast bardzo lubię pętle przy przednich szlufkach na karabińczyki lub paracord zabezpieczający to, co w kieszeniach.


Spodnie idealne? Niestety nie. Niezbyt fajne są tutaj kieszenie. Czyli coś, co również przydałoby się w terenie. Zachwalałam takie same przy spódniczce, więc dlaczego teraz się krzywię? To, że krawędzie przednich są wzmacniane na klips noża itp. oczywiście super i wszelkie spodnie powinny takie wzmocnienie mieć. Ale, żeby mieć dostęp do tylnych kieszeni i móc z nich korzystać należy wziąć większy rozmiar spodni, ponieważ ciężko wsunąć rękę. Przednie są normalne, ok. Kieszenie na udach są zbyt wąskie. Większe zapinane na zamek i mniejsze na klapkę z rzepem. Do tych mniejszych podobno mieści się telefon, otóż nie. Sony nie wlazło, wcisnęłam tam paczkę chusteczek na styk. Smartfon mieści się w kieszeni na zamek, ale ciężko go wyjąć, a już na pewno siedząc, trzeba prostować nogę i próbować wyciągnąć telefon, obcierając sobie palce o zamek. Dostęp do kieszeni udowych jest tragiczny. Zrzucam winę na to, że są zbyt wąskie albo może są minimalnie za wysoko? Bo zapięcia wypadają prawie na biodrach, co utrudnia korzystanie z kieszeni, materiał jest w tym miejscu mimo wszystko najbardziej napięty. Bronią się dwie przednie, małe, wewnętrzne kieszonki. Świetne do dyskretnego noszenia drobiazgów czy jakiegoś szpeju.



Cena: ok. 250 zł za jakość i wytrzymałość jest całkiem normalna. Spodnie są tak wygodne i wytrzymałe, że stały się moim podstawowym leśnym ciuchem, trzeba tylko brać poprawkę, że nerka lub plecak do przenoszenia sprzętu są przy nich konieczne, bo w kieszeniach się nie pomieścimy, a przede wszystkim wyjmowanie czegokolwiek jest upierdliwe. Ja używam kieszeni do wtykania w nie papierków po cukierkach ;)


Foka z buszu.


wtorek, 7 listopada 2017

Namiot na zimę - kilka rad.

Większość ludzi kończy swoją działalność biwakową wraz z pierwszymi chłodami i krótszymi dniami, jednak jest garstka lubiących biwakowanie w śniegu, w niskich temperaturach, bez robactwa itd.
Można pomyśleć, że namiot na zimowy biwak niczym się nie różni od tego letniego, a jednak jest kilka spraw, które trzeba rozważyć przed wybraniem się w mrozy na biwak.

Niewłaściwy namiot w takich warunkach może przysporzyć nam sporo kłopotów. Podstawą powinna być mocna konstrukcja. Taka, która wytrzyma silny wiatr, opad śniegu i nawet marznący deszcz. Może to być namiot tunelowy, chociaż najlepiej sprawdzają się konstrukcje samonośne jak np. iglo - mniejszy problem z odciągami. Na prawdziwe wichury najlepsza będzie klasyczna tunelowa konstrukcja, odpowiednio rozbita wytrzymuje warunki, które często dają w kość i potrafią niejeden namiot zmienić w strzępy.


W zimowym plenerze często zdarza się, że rano budzimy się przysypani śniegiem, słaby stelaż może spowodować przygniecenie, a w efekcie uduszenie lub inne kłopoty. Dlatego najlepiej odpuścić sobie na starcie marketowe namioty.







Wodoodporność. Tak, zimą jest istotna. O ile tropik może nie mieć podklejonych szwów, o tyle podłoga musi być wodoodporna. Minimalny poziom to 5 tyś mm słupa wody. Taki parametr pozwoli na spokojne biwakowanie nawet w lekko przetopionym śniegu (pamiętajmy, że przez noc sami wytapiamy śnieg pod naszym domem). Jednak najlepszymi parametrami będzie wodoodporność na poziomie 10 tyś mm - co pozwoli nam spać dosłownie w roztopionej brei.


Wentylacja. Podczas zimowego biwakowania ważna jest maksymalna wentylacja naszego namiotu. Wilgoć zabija, wszystko zamarza, namaka itd. Wszechobecna zamarznięta materia w minimalnie podniesionej temperaturze zaczyna topnieć i cały sprzęt nam zamaka. A jak wiadomo mokre rzeczy i niska temperatura równa się problem. Dlatego namiot na zimowe biwaki powinien mieć dobrą wentylację, która jako tako umożliwi nam suche wnętrze.


Dwie powłoki. Ostatni, ale najważniejszy element. Mamy sypialnie i tropik. Taki system pozwala na lepszą cyrkulację powietrza, a dzięki temu mniej doskwiera nam wilgoć. W jedno powłokowej konstrukcji skraplanie i zamarzanie na tropiku i całej reszcie rzeczy jest gigantyczne! Co jest niedopuszczalne zimą.
Dlatego namiot musi mieć osobno sypialnie i tropik. Natomiast czy jest to stelaż wewnętrzny, czy zewnętrzny, to już wedle uznania.

I na samiuśki koniec pamiętajcie o zdrowym rozsądku, żaden namiot ani inny sprzęt go nie zastąpi, a zimą nie ma przelewek. Jeden błąd i można wrócić bez palców albo wcale nie wrócić. Zimowe spanie w terenie jest fantastyczne, ale wymaga też wiedzy i pomyślunku.

I zachęcam do zapoznania się z poradnikiem zimowego biwakowania.

czwartek, 2 listopada 2017

Bluza Carhartt Wind Fighter

Czy bluza z kapturem, taki zwykły kangur może robić robotę w buszu? Czy bluza niebędąca polarem może sprawdzać się przy różnych aktywnościach outdoorowych? I czy taka bluza może chronić przed wiatrem i deszczem? Kiedyś powiedziałbym nie ma bata, coś takiego nie istnieje... a jednak. Od jakiegoś czasu tyram bluzę Carhartta Wind Fighter - czy ta nazwa nie brzmi zajebiście? ;) Klasyczna bluza z kapturem, rozpinana po całości. Materiał to poliester + bawełna, czyli niby nic takiego. Geniusz tej bluzy objawia się dopiero, gdy spojrzymy na dwa czynniki: gramaturę, która tu ma aż 288 - czyli bluza jest cieplutka; nasączenie specjalnym impregnatem, dzięki któremu deszcz tej bluzie niestraszny.
Powłoka Rain Defender zapewnia nam niezłą ochronę nie tylko na mżawkę, ale i całkiem spory deszcz, dlatego ostatnio to mój podstawowy ciuch nie tylko w las, sprawdza się przede wszystkim w codziennym życiu, zwłaszcza jesienią. Mimo wielokrotnego marszu w deszczu ani razu nie przemokła. Nie były to ulewy, ale i nie jakaś tam mała popierdółka. Materiał wprawdzie namaka, ale szybko schnie, więc jako bluza do bushcraftu w sam raz. Mimo impregnacji i bawełny w składzie materiału Wind Fighter wyjątkowo dobrze oddycha, co jest kolejnym plusem.


Dzięki gęstemu materiałowi bluza Carhartta stanowi świetną ochronę przed wiatrem, przy tej gramaturze mamy ciepłą i wszechstronną bluzę. Okazuje się, że z pozoru zwykła bluza może często zastąpić nawet kurtkę.
Co ważne, bluza Carhartta świetnie sprawdza się podczas marszu z plecakiem w temperaturach między 0 a +10*C. W wyższych temperaturach jest za ciepło ;)




Krój Wind Fightera zapewnia pełną swobodę
ruchów zarówno podczas zwykłego spaceru, jazdy na rowerze, jak i podczas wszelkich aktywności, gdzie dynamika i specyfika sprawia, że musimy kucać, podnosić ręce, sięgać coś itd.  Kaptur jest obszerny, co umożliwi nam schowanie kapelusza (bone hat, kangur się nigdzie nie mieści :P) czy czapy z pomponem. Bo jak wiadomo pompon to +10 do przetrwania. Jak przystało na klasyczne bluzy kaptur posiada ściągacze, dzięki którym możemy dopasować go do naszej głowy i opatulić się niczym babunia na bazarku.
W mankietach i u dołu bluzy mamy ściągacze z gumy z dodatkiem spandexu, fajnie dopasowuje się do szerokości nadgarstka, nerki na biodrze itd., dzięki czemu zawsze jest wygodnie i komfortowo. Wiadomo, że ciuch w busz musi mieć mocne zamki i kilka pojemnych kieszeni. Tu główny zamek YKK, nie zawiedzie, przynajmniej nie powinien. Taki sam zamek mamy w kieszeni napoleońskiej (to ta na piersi), w której bezpiecznie możemy skitrać portfel, telefon czy inny bajzel.

Dodatkowo mamy dwie kieszenie u dołu, dość obszerne, więc pomieszczą łapy z rękawicami. Do tego są wyściełane przyjemnym polarkiem, czyli możemy w nich ogrzać zgrabiałe dłonie. Jedyna ich wada to brak zapięcia, jakiegokolwiek! Chociaż zwykłego napa tam dać już byłoby coś, a tu tak bez niczego to lipka. Dobrze, że chociaż zastosowano patki z materiału, więc się do środka nie syfi ani nie kurzy ;)

Wiatroszczelna, wodoodporna, dość lekka, ciepła i wygodna, bluza idealna. Super wykonanie i mocne materiały, dzięki którym mamy ciuch na lata, wytrzyma nie jedną, a setki najróżniejszych przygód w dziczy i mieście. Kolce, mury, beton, piach, zagajniki itd. są niestraszne dla Wind Fightera ;)

Nawet jak na Carhartta nie jest najdroższa, bo kosztuje 399 zł, czyli cena porównywalna z większością dobrych polarów turystycznych.


środa, 1 listopada 2017

Masyw Śnieżnika z Grzesiem

Wolny weekend, to trzeba coś zrobić, gdzieś pojechać. Tym razem padło na Masyw Śnieżnika. Zapowiadali deszcz, grad, wiatry, burze i bóg jeden wie co jeszcze, ale to jakoś niespecjalnie wpływało na plany, więc spakowaliśmy wory i pojechaliśmy w Sudety.


Dojeżdżamy do Międzygórza, pogoda nie jest najlepsza. Wilgotność jak w akwarium, pochmurno, dość chłodno, ale nie pada, coś tam kropi, ale nawet mżawką ciężko to nazwać. Ruszamy czerwonym na Śnieżnik, pniemy się w wilgoci, marsz we mgle to fajne uczucie, ale zdecydowanie wolelibyśmy podziwiać widoki zamiast wody. Dochodzimy do schroniska w lekkiej mżawce i nabierającym na sile wietrze. W schronisku ciepła herbata, jajecznica (z jednego jaja bez niczego, NAWET SOLI :p) kiełba, piwko i dalej na szlak.


Wychodząc ze schroniska, wchodzimy w opad śniegu, który na przemian z deszczem towarzyszy nam przez najbliższe kilkadziesiąt minut, by zamienić się w zamarznięty deszcz, śnieg i silny jak cholera wiatr. Docieramy na szczyt, sesja foto i na czuja schodzimy +/- zielonym szlakiem.


Schodzimy w śniegu i wodzie, bo wszystkie szlaki zamieniły się w strumienie. Brniemy tak sobie w dół, coraz mniej śniegu, gleba, jeszcze kawałek i już praktycznie tylko deszcz i czasem nieco śniegu. Dochodzimy do ścieżki biegnącej do Chatki pod Śnieżnikiem.

Docieramy do wspomnianej już budowli z myślą, żeby może zostać na nockę, jednak po syfie, który zastaliśmy w środku odechciało nam się korzystać z przybytku cywilizacji. Pomijając jakiegoś zwierzaka, który nasrał na stół i porozwalał jedzenie, to butelki, puszki i inne ludzkie śmieci zepsuły klimat tego miejsca.
Po chwili odpoczynku w ukryciu przed deszczem ruszamy dalej w wodzie. Oczywiście tu w błocie zaliczyłem kolejną glebę :P ale na szczęście już ostatnią.
Po kilkuset metrach schodzimy ze ścieżki, by wbić się gdzieś w krzaczory na nocleg. Ja w hamaku od Bushmena, Ania i Tatko pod tarpem. Rozstawiony obóz, czyli na luzie możemy się skitrać pod tarpem przed deszczem (cały czas pada). Rozpalamy ognisko, chociaż to mocno powiedziane, bardziej ogniseczko nad którym podgrzewamy golonki, i idziemy się schować przed deszczem. Ja w hamaku dostaje kur**cy, masakra, sztywny, niewygodny, wąski i mega niestabilny. Klnę w niebiosa, zamek puszcza, a ja prawie wypadam z hamaka. Jak już się udało względnie ułożyć to materiał mnie ściska jak w imadle. Tak jak hamaki to ogólnie spoko opcja na nockę, to ten jest tragiczny - ale więcej o nim za jakiś czas. Po ponad godzinie walki z tym dziadostwem postanowiłem, że dupa ja tu nie wytrzymam, idę na glebę. Niestety nie miałem karimaty, musiałem nieco utrudnić nockę Ani i wbić się do jej norki. Dzięki dziadowskiemu hamakowi udowodniliśmy, że norka holenderskiej armii jest dwuosobowym hiper ciasnym mikro namiotem. Nocka minęła całkiem nieźle, jak na taką ciasnotę, deszcz co jakiś czas zawiewany pod tarpa, silny wiatr i skos na jakim przyszło nam spać.


Rano, zanim zdążyliśmy się spakować, zerwał się bardzo silny wiatr, było słychać przewracające się drzewa, zerwało tarpa i cała woda na nim zgromadzona wylała się na bambetle :P Szybka akcja przyszpilenia, dopakowanie mokrych szmat i dalej na szlak, a właściwie na strumień.
Po chwili wychodzimy z lasu na niebieski szlak i zaczyna się zabawa. Zero stopni, silny wiatr (w porywach +/- 100km/h), śnieg i wilgotność na poziomie 90%, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Silny wiatr połączony ze śniegiem dość mocno utrudniał kręcenie i focenie (zresztą cały wyjazd obfitował w małą ilość zdjęć z racji pogody). Coś tam mamy nagrane ;) Po kilkuset metrach wchodzimy w las i już nieco lżej się idzie, wiatr słabszy, ale niestety drzewa leżą na szlaku, więc trzeba obchodzić po krzaczorach, ale przynajmniej jest ciekawie.
Dochodzimy znów do schroniska pod Śnieżnikiem, robimy krótki popas w wiacie obok i schodzimy w dół. Oczywiście nie obyło się bez kolejnych atrakcji, połamane drzewa, w tym jedno idealnie na drodze. Wiatr, śnieg, deszcz, grad - tak nas pożegnał Masyw Śnieżnika. Mimo złej pogody było super, fajne przygody, ciekawe warunki i nowe doświadczenia. Jedno jest pewne, jeszcze wrócimy w ten rejon ;)

Dopiero jak zeszliśmy do auta dowiedzieliśmy się, że to orkan Grzegorz, może i faktycznie dawał nieco, ale Grzegorz jakoś tak do niego nie pasowało. Więc tym razem wędrowaliśmy z Grzesiem ;) 






A już niedługo filmik z naszego mokrego wejścia na Śnieżnik.


poniedziałek, 23 października 2017

Multitool Leatherman Signal od Militaria.pl

Każdy facet jakieś ostrze przy zadku nosi, a brodacze i szwendacze z reguły wybierają multitoole jako swoje edc. Krótko przed Wisłą, dosłownie kilka dni przed startem dotarł na mój pasek Leatherman Signal od Militaria.pl. Tool stworzony do survivalu i outdooru.



Multitool ze stajni najbardziej znanego i zarazem najlepszego producenta podręcznych skrzynek narzędziowych, stworzony do włóczenia się po lesie, górach i innych bezdrożach, towarzyszy mi od kilku miesięcy w krzakach czy dziczach wszelakich, do tego noszę go w mieście jako edc.
Jako nóż outdoorowy w terenie sprawdza się świetnie, w mieście czasem doskwiera brak cywilnego osprzętu jak pilnik itd. Więc już na wstępie warto zauważyć, że do miasta dużo lepszy jest np. Leatherman Wave ;)
Ale wróćmy do Signala, ma on 19 funkcji:

1. Kombinerki wydłużone płaskie
2. Kombinerki uniwersalne
3. Standardowy przecinak do drutu (wymienny)
4. Przecinak do drutu twardego (wymienny)
5. Przyrząd do zdejmowania izolacji
6. Ostrze nożowe częściowo ząbkowane ze stali nierdzewnej 420HC
7. Piła do drewna
8. Młotek
9. Szydło/rozwiertak z oczkiem
10. Otwieracz do puszek
11. Otwieracz do kapsli
12. Hex Bit Driver 1/4 cala
13. Duże gniazdo na wymienne bity (wkrętaki) + 1 dwustronny bit
14. Płaski klucz uniwersalny do nakrętek 1/4 cala
15. Karabińczyk
16. Płaski klucz uniwersalny do nakrętek 3/16 cala
17. Gwizdek ratowniczy
18. Krzesiwo
19. Diamentowa ostrzałka



Jak przystało na toola kombinerki to podstawowe narzędzie, tu mamy do czynienia z mocnymi i uniwersalnymi, którymi coś dokręcimy albo odkręcimy, do tego mamy w nich wymienne przecinaki do drutu, które są niezwykle wygodne w przypadku majsterkowania przy linkach roweru, kabelkach czy np. niszczeniu wnyk zastawionych przez debili w lesie.

Ważnym elementem multitoola jest nóż. Mamy tu niestety tylko jedno ostrze i to jeszcze w połowie ząbkowane. Niby jest wszystko ok, nawet całkiem spoko trzyma ostrość i można otworzyć je jedną ręką. Jednak ten cholerny ząbkowany kawałek do mnie nie mówi, ja wiem, lepiej tnie linkę, ale dużo gorzej się ostrzy i ogólnie ząbki zbierają syf, a poza tym ja nie lubię ząbkowanych ostrzy. No ale ok, taki zamysł producenta, przód do smarowania, cięcia itd., a tył ostrza do cięcia lin itd.


Kolejne podstawowe narzędzie przydatne podczas walki o przetrwanie czy też na biwakach to piła do drewna, którą Signal ma naprawdę świetną. Ostra, nie tępiąca się i co ważne równie dobrze tnąca suche, jak i mokre drewno. Do tego jest zabezpieczona mocną i stabilną blokadą (tak samo jak nóż), dzięki czemu przygotowywanie opału lub budowa schronienia są szybkie i bezpieczne.


Signal klasycznie jest jeszcze wyposażony w otwieracze do butelek, puszek, gniazdo na bity itd. i wszystko to się rzadziej lub częściej przydaje, ale przede wszystkim działa wyśmienicie i nas nie zawiedzie.
A teraz smaczki survivalowe tworzące z Signala maszynkę do buszowania. Karabińczyk, który pełni kilka funkcji, mianowicie jest otwieraczem do butelek, tak gdyby kogoś naszło na piwko podczas walki o przetrwanie ;) Jest też zabezpieczeniem narzędzia przed zgubieniem, przyrządem do wyjmowania szpilek/śledzi z ziemi, ale też do ich wbijania w podłoże. Młotek  nada się do wbijania gwoździ czy rozłupywania skorupiaków - z pewnością jest to jedno z fajniejszych narzędzi, które najczęściej się przydaje.
Dodatkowo w młotku mamy dwa klucze płaskie (1/4 cala i 3/16 cala). To niestety jest tylko bajer, bo trzeba mieć idealny dostęp do śrubek, by się sprawdził. A jak to zwykle bywa idealnego dostępu nigdy nie mamy :P

Ale to nie dość bajerów survivalowych, bo mamy jeszcze ostrzałkę diamentową. Jest malutka i mało wygodna w obsłudze, ale w sytuacji kryzysowej da się coś naostrzyć. Mamy też krzesiwo z gwizdkiem. Bajer, który z początku najbardziej do mnie mówił. Sprawiał, że: woowowowo tool z krzesiwem, wszystkie potrzebne narzędzia i jeszcze źródło ognia, a przy okazji gwizdek, by wezwać pomoc lub odstraszyć krwiożerczego królika.

Ale żeby nie było zbyt kolorowo, jedno ognisko w mokrych warunkach i pręt krzeszący zajechany prawie do zera. Iskrzy nieźle, ale i mega szybko się ściera. Wada spora, bo sprawia, że krzesiwo wbudowane w Signala trzeba zostawić sobie w razie W, a nie używać na co dzień, gdyż jest bardzo miękkie i szybko się zużywa. Natomiast gwizdek jest mega głośny i sprawdza się wyśmienicie.


Zarówno krzesiwo z gwizdkiem, jak i ostrzałkę możemy dokupić. Fajnie, że jest taka możliwość, ale 40 zł za krzesiwo i 50 zł za ostrzałkę to lekkie przegięcie.

Podsumowując, Signal to kawał fajnego narzędzia stworzonego do lasu. W mieście też się sprawdza, ale jednak brakuje mu nieco do legendarnego i już wspomnianego Weva. Jeśli potrzebujecie toola
w busz to Signal jest ciekawą propozycją, wygodną przy pracach obozowych tych lżejszych, jak i cięższych. Jakość wykonania jak przystało na Leathermana jest bardzo, bardzo dobra, ergonomia i komfort użytkowania wysoki. Wytrzymałość na brutalne traktowanie też na wysokim poziomie. No niby tool idealny, ale ma swoje wady (mało narzędzi i słabej jakości krzesiwo). A największą wadą jest cena, 500 zł za tego toola to sporo, zwłaszcza, że weva w militaria.pl kupimy już za 400 zł, a jest ze mną od prawie 5 lat w służbie i sprawdza się świetnie. Sami musicie ocenić czy taka zabawka w postaci Signala jest Wam potrzebna ;)
 
Obiad też ogarnie ;)


sobota, 21 października 2017

Domowy survival - recenzja bardzo subiektywna.

Domowy survival dostaliśmy chwilę przed wyprawą wzdłuż Wisły, po powrocie byłam mocno zabiegana, dlatego dopiero teraz mogłam ze spokojem usiąść do lektury. Znając jednego z autorów z kanału YouTube, zabrałam się do czytania z entuzjazmem zdobycia nowej wiedzy, ponieważ modnym dziś preppingiem interesowałam się mniej niż więcej. Dlaczego z każdą stroną coraz intensywniej zastanawiałam się po co ta książka została wydana i coraz bardziej szkoda mi było tego zmarnowanego papieru – odpowiedź poniżej.

Autorami książki są prowadzący bloga domowy-survival.pl. Na zamieszczane przez nich materiały od czasu do czasu zerkałam. Trzeba przyznać, że informacje podawane są przystępnie i nienajgorzej się ogląda. W moje życie co prawda wnoszą niewiele, ale laikowi mogą się przydać. Dlatego wersji papierowej postawiłam poprzeczkę wysoko.

Samo wydanie jest naprawdę fajne. Świetny format, podział na rozdziały i dobre zdjęcia do nich wprowadzające. Reszta zdjęć zawartych w książce niestety nie powala. Nie umknęło mojej uwadze również kilka błędów interpunkcyjnych, gramatycznych i literówek w redakcji (zboczenie zawodowe!).

Autorzy wyjaśniają kim jest prepper, jakie są trudne czasy, piszą o survivalowych potrzebach w domu i poza nim, wodzie, żywieniu, energii w domu, samochodzie w sytuacjach kryzysowych, zestawie przetrwania, bezpieczeństwie, rodzinie i ewakuacji, przytaczają scenariusze apokaliptyczne. Każdy rozdział składa się z kilku krótkich notek. Tak krótkich, że tylko zaznaczających podane tematy (rozumiem, że gdyby chcieć wszystko rozwinąć, powstałaby biblia survivalu, ale w takim razie po co w ogóle pisać o tak podstawowych sprawach?). Każdy, kto jako tako zajmuje się domem o wszystkim, o czym piszą autorzy już wie. Może tego nie praktykuje, ale wie (więc nie musi tracić czasu, żeby o tym czytać), że dla zabezpieczenia na wypadek braku wody powinien mieć jej zapas, alternatywne dla lampy źródło światła również, gdyby kiedyś musiał uciekać powinien być spakowany już dziś, wiedzieć gdzie może uciec i jak, zna też (mój ulubiony fragment) listę produktów, które można suszyć, kisić, marynować, myślę, że nawet dłuższą listę. 

Może to ja jednak za bardzo wierzę w ogarnięcie życiowe ludzi, a wtedy ta książka (jeśli padnie internet) ma sens. Mnie było naprawdę ciężko przez nią przebrnąć. Prawie 300 stron takiego pitu pitu… Poradnik wskazujący rzeczy oczywiste. Zdecydowanie lepiej przeglądać bloga autorów, do którego zresztą odsyłają czasem po jakiś konkret. Dla ciekawej lektury książkowej polecam raczej spojrzeć na inne publikacje, chociażby Gdy rozpęta się piekło Lundina czy pozycje Canterbury’ego, a z naszego gruntu na Dżunglę miasta Pałkiewicza.


Foka z buszu.

czwartek, 19 października 2017

niedziela, 15 października 2017

Walka jeleni.

Każdy leśny ludek wie co to rykowisko, wielu miało okazje je usłyszeć na żywo, ale niewielu miało okazję oglądać ten spektakularny pokaz, który natura serwuje nam każdej jesieni. My do dziś też tylko słyszeliśmy lub widzieliśmy jedynie odginające się drzewka i krzaki, nie było nam dane oglądać bezpośredniego starcia dwóch byków walczących o względy dam.
Dwa tygodnie temu specjalnie na rykowisko pojechaliśmy w Izery i żadnego jelenia nie widzieliśmy, nawet niespecjalnie ryczały. Coś tam pobekiwały, ale jak na izerskie rykowisko to była straszna stypa. Wtedy zgodnie uznaliśmy, że się spóźniliśmy i już jest po rykowisku. Ale dziś, przy okazji zwyczajnego weekendowego wypadu w las z aparatem, natura miło nas zaskoczyła. Okazało się, że jednak rykowisko trwa i to jeszcze jak!!!

Najpierw stadko danieli, a po kilku minutach naszym oczom ukazały się łanie. Cali happy chwyciliśmy za aparaty, aż tu nagle dorodny ryk jelenia, po chwili odezwał się inny. Nieźle zaskoczeni czekaliśmy na rozwój sytuacji. Ryków coraz więcej, trzaski gałęzi, uderzenia poroży, dyszenie i coraz głośniejszy pojedynek. Bitwa trwa na 102. Myślimy sobie super tylko czemu do cholery w krzakach walczycie zamiast nam tu na polane wyjść? Po chwili widzimy dwa całkiem dorodne i piękne byki wlatujące w zwarciu na łąkę przed nami. Kilka dobrych minut przepychają się, to jeden, to drugi ma przewagę, na zmianę wyprowadzają sobie ciosy, aż tu nagle bum, koniec. Jeden odpuścił, po prostu wyrwał się z kleszczy splątanych koron i odbiegł w las. Zapewne myśląc sobie tego kwiatu to pół lasu ;)
Zwycięzca dumnie jeszcze kawałek pogonił przegranego, by po chwili wrócić do swojego haremu. Widać było, że nieco zmęczyła go ta batalia, ale co zrobić, taki jesienny żywot jeleni ;) Porykiwał jeszcze chwilę, aż ucichł na dobre, oddalając się ze swoimi nałożnicami w głąb lasu.
Jeszcze kilka razy natknęliśmy się na daniele, i po kilku kilometrach wróciliśmy do auta.

Widok rykowiska nieziemski! Najważniejsze, udało nam się uwiecznić to wszystko na kartach pamięci w postaci zdjęć i filmów. Dziś łapcie fotki, a na filmik musicie chwile poczekać ;)